Hotelarstwo
Dzisiaj jest: Środa, 20 Wrzesień 2017, imieniny Filipiny i Eustachego
Szukaj w serwisie:    

Kiksy na faksie  2011-11-00

Zganili mnie ostatnio Czytelnicy, że jak już przekroczyłem pięćdziesiątkę, to nagle spoważniałem. Że „Szprechrura” jest nadal w porządku, ale hu­morem jakby mniej skrzy i błyska.
Hmmmm………….
Mam nadzieję, że chodzi o przekroczenie pięćdziesięciu zredagowanych numerów miesięcznika dla hotelarzy (wtajemniczeni wiedzą, że przed „Hotelarstwem” był jeszcze jakiś tam tytuł), które zreda­gowałem. Bo do pięćdziesięciu leciech brakuje mi jeszcze… nieco mniej niż pięćdziesięciu kolejnych czasopism. Redagowanych w cyklu miesięcznym.
Jak już o latach, to coraz trudniej nam sobie przypomnieć, jak to było lat temu jeszcze kilkanaście, gdy Internet nie był tak powszechnym kanałem komunikacji, jak jest dziś. Za szybką „pocztę” robił wówczas dożywający dziś swych dni telefax.
A jak mowa o faksie, to od razu staje mi przed oczami służbowy wyjazd do Szwecji. I całkiem dobry hotel, jakim jest niewątpliwie sztokholmski Grand Hotel. Wyjazd był grupowy, na zaproszenie du­żej korporacji z branży telekomunikacyjnej. Meldujemy się w Grandzie wprost z lotniska, odbieramy klucze i udajemy się do pokoi. Wchodzę do swojego i dostrzegam się w lustrze. Granatowa kurtka, szary polar pod spodem, czarna czapka, okulary… Schylam się, żeby postawić walizkę i gość też się schyla. Jak to w lustrze. Prostuję się, lecz gość w lustrze… wcale się nie prostuje. No nie, przecież lustro to nie video i nie da się zrobić stop klatki. Zatem nie po raz pierwszy w życiu, i pewnie nie ostatni, głupieję.
Z tego ogłupienia wyrywa mnie głos towarzysza z wycieczki, naczelnego „rozbieranego” magazynu dla Panów, który odbierał swój klucz przede mną: Andrzej! Co Ty robisz w moim pokoju? Chole­ra, to mój pokój – odpowiadam – więc co Ty tu robisz? Porównujemy numery pokoi na kluczach i kartach gości: są te same. Nagle, na wspomnienie rzekomego obrazu w lustrze, które wcale nie okazało się lustrem, ale drzwiami do pokoju sypialnego, wybucham śmiechem: gospodarze wyjazdu wyekwipowali nas w komplet polarnych ciuchów, co w połączeniu z moim słabym wzrokiem i po­dobieństwem sylwetek, stworzyło wrażenie „lustrzanego odbicia Szafrańskiego”.
Zjeżdżamy do recepcji wyjaśnić sytuację. Przy blacie widzę kilka podobnych do nas par skleconych z uczestników wyprawy. Znów zaczynam się śmiać. Tak jak na nasz widok, większość obecnych przy recepcji Polaków. Do śmiechu nie było tylko mojemu „partnerowi”. Może miał słabsze poczucie hu­moru, a może niespecjalnie odpowiadała mu perspektywa spędzenia dwóch nocy w „małżeńskim” łóżku. W każdym razie okazało się, że przesłana faksem rezerwacja została napisana w sposób na tyle niepoprawny, że hotel zorganizował zakwaterowanie dla 17 osób w pokojach dwuosobowych, a nie rozmieszczenie 17 osób w 17 pokojach dwuosobowych. Ponieważ wolnych pokoi już nie było, jedynym, co mógł zrobić hotel, było rozsunięcie łóżek w tych pokojach, w których było to możliwe. W 3-4 się nie dało. Jednak z tego co wiem, zajmujące je męskie „pary” nie zgłaszały z tego powodu większych pretensji. A w następnym hotelu – Scandicu w Kirunie – zamieszkały razem. Już zupełnie dobrowolnie.
Jednak ten wyjazd do Skandynawii zapamiętałem tak dobrze nie z powodu Grand Hotelu czy Ice Hotelu za kręgiem polarnym, do którego dotarliśmy kilka dni później, ale z powodu faksu.
I restauracji Mamas and Tapas w Sztokholmie. No bo w końcu wydaje się logiczne, że jeśli się jest w zimnej Skandynawii, to zamiast lokalnej kuchni, na kolację trzeba się udać do lokalu z gorącą kuchnią hiszpańską. Tym bardziej, że lokal okazał się przytulny. Nawet zbyt przytulny, jak na przyjęcie grupy 17 osób.
Stąd najpierw siedzieliśmy w jednej z salek, stłoczeni przy czterech stoliczkach po dwóch stronach przechodniego korytarzyka prowadzącego na zaplecze lokalu. I do WC. Ruch więc panował dość spory. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie krzesło, które załamało się pod jednym z naszych kolegów. Wydarzenie to na tyle nas rozbawiło i rozluźniło, że w końcu obsługa zaproponowała nam kameralną salkę na zapleczu. Niestety, salka oka­zała się dobudowaną do budynku od strony podwórka drewnianą klatką bez wentylacji. Jeśli dodamy do tego przeciągający się czas oczekiwania na posiłek urozmaicany jedynie starterami w postaci stałej i płynnej, to pewnie nie zdziwi Cię, Drogi Czytelniku, że po ponad godzinie postanowiliśmy zrezygnować z usług lokalu.
Okazało się to jednak nie takie proste. Pełna gości restauracja została bowiem zamknię­ta, drzwi pilnowało dwóch osiłków-ochroniarzy, a szwedzka „Polis” była już w drodze. Dlaczego? Dlatego, że grupa z Polski awanturowała się, nie chciała jeść, a co najgorsze: zapłacić rachunku za zamówione uprzednio, acz nie podane, a zatem i nie skonsumo­wane potrawy.
Dopiero po chwili okazało się, że i tu zawinił faks. Menu kolacji wraz z liczbą posiłków zostało zamówione i potwierdzone drogą faksową. Osoba, która dokonała zamówienia, nie znała dokładnie oferowanych potraw, a w dodatku mocno przesadziła z ich obfito­ścią. Gdy więc byliśmy już najedzeni, znużeni upałem i niemiłą atmosferą salki na zaple­czu, to zgodnie z menu zamówionym faksem, był to dopiero etap przystawek.
Mamas and Tapas, chociaż cieszył się lokalną sławą, lokalem dużym wówczas nie był. I do przyjęcia naszej grupy musiał się odpowiednio przygotować, m.in. nabywając więk­szą ilość produktów. Gdy się okazało, że straciliśmy cierpliwość i chcemy wyjść, mene­dżerka przestraszyła się, że jeśli my nie skonsumujemy przygotowanych potraw, to się po prostu zepsują. Zatem najpierw chciała zatrzymać nas siłą, a potem ugodowo nakazała zaczekać na przygotowanie potraw, które miały zostać zapakowane „na wynos”. Tymcza­sem nasza opiekunka – ta która zamawiała faksem z Warszawy – chciała zapłacić tylko za to, co zjedliśmy… Zrobiła się mała przepychanka, której efektem było zamknięcie drzwi i wezwanie policji. Na szczęście wcześniej przybył właściciel lokalu, z którym udało się rozwiązać problem w sposób satysfakcjonujący obie strony. Na tyle satysfakcjonujący, że osiłki-ochroniarze otworzyli drzwi i można było wyjść na mroźną sztokholmską ulicę i zaspokoić wreszcie pierwszy głód nikotynowego dymku. Bo lokal, na nieszczęście dla większości uczestników wyprawy, okazał się lokalem dla niepalących.
Niestety tego nie można się było dowiedzieć, ani z faksu, ani z przewodników, ani ze strony internetowej, której Mamas and Tapas nie miał. Ale dziś już ma. Właśnie spraw­dziłem.
Andrzej Szafrański
© 2009-2017 Hotelarstwo. Istnieje od wieków.
Projekt & cms: www.zstudio.pl
Newsletter: